Moje czasy

Tak sobie myślę ostatnio, że to są moje czasy. Że fakt, że podoba mi się wiele obecnie modnych rzeczy i spora część popularnej, granej na festiwalach nie świadczy o moim zepsuciu względem młodszej, ambitnej, zaciętej mnie, ale o tym, że znajduję się właśnie w swojej epoce. I że jaka by ona nie była – a każda epoka ma wiele twarzy – będę ją kiedyś wspominać jako stare, dobre czasy.

Bo coraz częściej zdarzają się sytuacje, które mnie wybijają z rytmu i podają w wątpliwość to, co myślałam o sobie i swojej mamie w kontekście gustu – że lubimy z grubsza to samo. I dla przykładu, mi wydaje się, że najfajniej będzie w samochodzie puścić nowego Drake’a i puszczam, ale po chwili mam wrażenie, że moja mama nie jest nim chyba zachwycona. Potem leci Lana Del Rey i muszę stawać w obronie gwiazdy, bo mama mnie pyta, czy ona w ogóle umie śpiewać.

I mam nadzieję, że ta moja epoka potrwa długo. Że jak najdłużej będę się czuć w swoich czasach. Że będę czuć, że jakoś rozumiem, po co, dlaczego, co. Że jak najdłużej nie będę śmiać się z następców figdet spinnerów i Snapchata. Że będę miała zdrowy stosunek do nowych technologii, i że nie będę się ich bać. Że będę świadoma jednocześnie płynących z nich korzyści i realnych zagrożeń. Że nie będą się mnie imać teorie spiskowe i że będę miała dziwnej potrzeby gardzenia młodszymi.

Jest szansa, że dam radę czuć się w czasie teraźniejszym jak u siebie w domu dość długo – bo jako wczesna nastka to raczej chciałam się przeteleportować do jakiejś epoki wiktoriańskiej, ewentualnie – do teledysków Panic! at the Disco. Bo jako wczesna nastka potrzebowałam jakiegoś kawałka subkultury i internetowych sklepów z odzieżą, bo sieciówki rzadko trafiały w moje gusta.

A teraz hula (między innymi, co także hulają w najlepsze) moda na slow, uważność, jogę, weganizm, minimalizm, girl power, dobrą kawę, liście monstery i plecaki Kånken. Nikt się ze mnie nie śmieje i ja też nikogo nie muszę wyśmiewać. I zapominając na sekundę o tym, że świat nie jest idealny i często mnie uwiera  – bo o tym będzie w następnym wpisie, który mam już w głowie – czuję się pogodzona z czasem. To mój czas.

  • Czuję polemikę z poprzednimi tekstami? 😉

    • Tak, trochę tak 🙂
      Pomyslałam, że to nic złego, że nie jestem taka, jak wtedy, kiedy miałam osiem lat (halo!) ani dokładnie taka, jak moi rodzice. I nie uważam zamków centralnych i tylnich kamerek w autach za potencjalne przyczyny upadku gatunku ludzkiego 😂 I to mnie trochę tak tknęło, że tak to działa i tak ma być 🙂
      Ale spokojnie, w piątek zejdę z tego radosnego tonu 🙂

      • Nie schodź!

        • Ale kiedy ja chcę 😀
          W sensie – osiędbanie, radość z małych rzeczy i celebrowanie swojego małego, bezpiecznego, wygodnego życia jest fajne. I zdrowy egoizm jest fajny. I dawka egocentryzmu jest nie do ominięcia. Ale nie jestem sama na świecie i nie wszyscy mają dobrze intencje, jak ja, nie wszyscy są tak świadomi jak ja. I sobie chcę o tym popisać 🙂

          • Ach, okej! Myślałam, że na piątek planujesz jakiś napad weltschmerzu 😀

          • Jakby one były planowane – to by dopiero było 😀

          • Ja już prawie rozgryzłam swoją częstotliwość 😉