W mojej głowie

Zacznę z grubej rury – w przeważającej części przypadków, kiedy jest mi źle, chodzi o coś, co stało się tylko w mojej głowie. Nie o coś, co stało się w rzeczywistości, nie o czyjś czyn ani czyjeś słowa. Nie bezpośrednio. Rzeczy wzbudzają we mnie emocje i wiele zależy od tego, co z nimi zrobię – wtedy jest dobrze lub co one zrobią ze mną – już gorzej.

Czasami mam wrażenie, że większość rozmów w moim życiu odbyło się tylko w mojej głowie. Bo łatwo daję się wciągnąć w silny i angażujący dialog wewnętrzny i na przykład streszczać wyobrażonemu rozmówcy całe swoje życie. To chyba najdziwniejsze wyznanie, jakie pojawiło się na tym blogu od dawna. No i bardzo często z tych dialogów powstaję wewnętrzne kłótnie. Nie rozumiane jak zwykle – jako konflikty wewnętrzne, w których debatuję sama ze sobą nad jakimś problemem – ale jako dosłowne kłótnie z kimś, które odgrywam w głowie. I wyobrażam sobie w kółko i w kółko moment rzeczywistej konfrontacji z kimś, zbieram argumenty i reżyseruję najdramatyczniejsze momenty sprzeczek – na przykład z członkami rodziny. I często taka nabuzowana, zwykle przy tym spuchnięta cała od płaczu przenoszę to, co zbudowałam w swoim umyśle, to realnych relacji. Choć zwykle można byłoby tego wszystkim oszczędzić. Ze mną włącznie.

Zdałam sobie sprawę w tego zachowania już jakiś czas temu. I na początku z terapeutką szukałyśmy sposobów na wyciszanie tych wewnętrznych dialogów. No i wychodziło mi całkiem dobrze. Dopóki nie wróciłam do domu.  Bo w końcu i przy pewnej intensywności napływających do mnie emocji (mam wrażenie, że określenie ‘napływające emocje’ jest wyjątkowo trafne, bo nie trudno wyobrazić sobie krążące po organizmie hormony i neuroprzekaźniki, prawda?) mówienie sobie o zobacz, to silny wewnętrzny dialog, możesz go wyciszyć przestało działać. Ale w jego miejsce, pojawiła się na szczęście nowa myśl. I pomyślałam, że warto się nią podzielić.

Nie mogę nikogo obwiniać za to, co dzieje się w mojej głowie. Nikt powinien brać odpowiedzialności i ponosić kosztów tego, co stało się tylko w mojej głowie. Koniec końców każdy odpowiada za siebie, prawda?

I kiedy przestaję fantazjować o tym, co komuś powiem, jak go zobaczę, jak mu wyrzucę wszystkie złe myśli, jakie pojawiały się w mojej głowie, toczący się dialog przestaje mieć znaczenie. Jestem trochę dumna z tego odkrycia. Bo jest mi lżej a ewentualnie problemy daje rozwiązać się prościej. Bo oszczędzam sobie wiele toksycznego myślenia i mam trochę więcej siły na działanie.

Hania powiedziała mi kiedyś, że mój blog jest o myśleniu. To prawda. I lubię dzielić się z Wami tym, co odkrywam na temat swoich myśli. Bo może ktoś myśli podobnie. Lub przeciwnie – może ktoś nawet nie wpadł, że ktoś może myśleć w ten sposób, a warto zdawać sobie sprawę z różnych rzeczy.

  • Kasia.

    Mam podobnie jak Ty, bardzo dużo potyczek słownych dzieje się tylko w mojej głowie. Kiedyś było tego więcej…ale z kolejnymi latami coraz częściej umiem się „wyciszyć”. W moim przypadku bardzo pomogła „filozofia” f**k it 😀

  • rudawstazka.wordpress.com

    Też tak robię! To w sumie całkiem sympatyczny nawyk, jeżeli stosuje się go w małych dawkach i ma się nad nim jakąś kontrolę 😛

    • No u mnie z tym zdecydowanie ciężko. I nie powiedziałabym, że jest to nawyk – wewnętrzna narracja i wewnętrzny dialog to jedna z najczęstszych form myśli, udowadniająca, jak bardzo jesteśmy zanurzeni w języku.