Ludzie mówią dużo

Ludzie za dużo mówią. A ja mam nieładną a powszechną tendencję do spoglądania na innych przez wygładzające filtry, a na siebie w HD. Więcej – do wyostrzania każdej swojej niedoskonałości. I się nad sobą lituję. I złoszczę. I te wszystkie emocje konsumują mnie tak bardzo, że nie zostaje miejsca na to, aby coś zrobić. Aby rzeczywiście pobyć ze sobą. Aby coś rzeczywiście stworzyć. Im więcej konsumuję treści na temat ludzi, ich osiągnięć i ich życia, tym mniej mi się chce.

Co jakiś czas ogarniam się i zauważam, że przeglądam Instagram chwilę po przebudzeniu, zanim jeszcze ruszę się w łóżka. I że robię to samo na chwilę przed zaśnięciem. A potem próbuję to nadrabiać słuchaniem medytacji z przewodnikiem i zasypianiem po dwóch minutach. Wydaje mi się, że umiem mówić o sobie bez złudzeń. Jak Karl Ove Knausgård. W rzeczywistości jedynie cisnę po sobie ostro i nawet niewiele chce mi się z tym robić. I szukam nadziei w fakcie, że Karl Ove sprzedaje teraz dużo książek. Które uwielbiam i w którym właściwie ustawicznie pisarz pastwi się nad sobą. I czasami ujmuje klimat przepięknych miast w przepiękne zdania. Kiedyś najchętniej stworzyłabym wpis tylko o tym.

Ludzie dużo mówią. Ludzie za bardzo wierzą. Sama widzę się chyba w obydwu rolach. Weźmy przykład nauki języka szwedzkiego. Kiedy usłyszę, że ktoś podjął decyzję o jej rozpoczęciu,  wyobrażam sobie, że już bije mnie na głowę i w ogóle z czym ja do ludzi. Natomiast okazuje się, że w drugą stronę działa to podobnie. Co też mnie wkurza, bo zaczynam czuć presję, aby moja rzeczywistość odpowiadała czyimś wyobrażeniom.

Chyba czasem dobrze jest przestać  słuchać, patrzeć i podglądać. Ale także się zamknąć. A przynajmniej być szczerym.

Dziwnie jest istnieć w dwóch rolach w internecie – zarówno twórcy i konsumenta treści. Bo jakimś dziwnym trafem wierzę w to co czytam, wierzę w te kreacje i te postaci. Nie chcę myśleć o filtrach, przez które przepuszczają swoją rzeczywistość. Nawet jeśli mowa o drobnych twórcach internetowych. W siebie uwierzyć nie mogę.

Ale to nie jest też sprawa wyłącznie internetu – podobnie mam z biografami. Namiętne swego czasu czytanie o Haśce Poświatowskiej też mi na dobre nie wyszło. Dlatego teraz odtruwam to Knausgårdem, który nie pisze autobiografii – pisze antybiografie. Odziera sukces literacki z całej swojej mitologiczności.

Ostatnimi czasy nie chce mi się pisać. Bo chciałabym mieć coś komuś do zaoferowania. A jednak treści, które tworzę to w gruncie rzeczy jedna  stale powielana rozkmina na temat zachwianego poczucia własnej wartości, uważności i automatyzmów. Pozwalam sobie mieć wątpliwości i spisuję pomysły.

  • „Ludzie dużo mówią. Ludzie za bardzo wierzą. Sama widzę się chyba w obydwu rolach. Weźmy przykład nauki języka szwedzkiego. Kiedy usłyszę, że ktoś podjął decyzję o jej rozpoczęciu, wyobrażam sobie, że już bije mnie na głowę i w ogóle z czym ja do ludzi. Natomiast okazuje się, że w drugą stronę działa to podobnie. Co też mnie wkurza, bo zaczynam czuć presję, aby moja rzeczywistość odpowiadała czyimś wyobrażeniom” – ten akapit to jest złoto.

    Mnie się też ostatnio nie chce pisać. Zagęściło mi się życie i na pisanie bloga muszę wyrywać czas, w który mogłabym odpocząć. Mam wrażenie, że mogłabym dać z siebie więcej, zamiast ostatnich gniotków. Ale jest jak jest, akceptuję to i staram się nad tym zapanować.

    • Dziękuję, złotko! <3
      Ale zagęściło się w dobrym sensie, tak? Jeśli tak, to świetnie, to gratuluję, bo to flow i rozpęd, i zazdroszczę. Odpoczywaj. Możemy się umówić, że nie będziemy się cisnąć na siłę i poczekamy, aż będziemy w stanie dać z siebie więcej 🙂

      • Zdecydowanie możemy się tak umówić, bo czym bardziej na siłę się cisnę, tym gorsze efekty. Zagęściło teoretycznie w dobrym sensie, ale trochę oczekiwania rozbiegły się z rzeczywistością. Ale dużo się uczę, też szczególnie spokoju i odpuszczania, więc w sumie na plus 🙂

  • Patrycja

    Wydaje mi się, że gdybyś przestała oceniać ludzi wedle ich umiejętności, nie bałabyś się konfrontacji Twoich własnych zdolności, z cudzymi.
    Jak ocenić umiejętność? I, czy – przede wszystkim – w umiejętności kryje się świadomość?
    Pamiętam, jak „pewnego dnia rozmawiałam z pewnym człowiekiem” – opowiadał, jak to poznał „fajną i miłą dziewczynę”, której cały czar prysł jednak, gdy przyznała, że nie wie, cóż to za zespół Guns N’ Roses. Według Pewnego Człowieka, świadczyło to o ignorancji, której poziom równa się już tylko pogardzie. Nie mógł zrozumieć, jak można nie kojarzyć tak kultowego zespołu („można nie znać się na muzyce, ale pewne rzeczy trzeba kojarzyć”). Gdyby jednak jakiś fan sztuki spytał go o podstawowe kierunki w sztuce awangardowej, mógłby podobnie zacząć gardzić Pewnym Człowiekiem, bo ten nie miał o sztuce zielonego pojęcia… Czy powinnam znać się na sztuce, czy na muzyce? mówić po szwedzku, czy po włosku? Mieć dobre oceny? Zdrowo się odżywiać? Czytać tych, którzy wszyscy znają, czy może tych, o których nikt nie wie? Czy wartością dziewczyny, która przyznała się do niewiedzy nie jest odwaga? Mnie osobiście ona wydaje się nawet mądrzejsza od Pewnego Człowieka, bo tego właśnie „nie darzę sympatią” za to, że nie widzi, że wiedza, to nie wiadomości… Często wspominasz o tym, co właśnie przeczytałaś, gdzie byłaś, co widziałaś, co słyszałaś na wykładzie. Myślisz, że wiesz, kiedy wiesz, bo przecież jak przeczytasz Murakamiego, to wszystkie dzieła, a jak studiujesz, to z wyróżnieniem – wszystko robisz/chcesz robić na 100%. Ale to rzetelność, nie wiedza (skądinąd, chwalebna).
    Ludzie zapominają, że być szczęśliwym, często nie równa się byciu docenianym. Ty chcesz być doceniana, ale zastanawiasz się, dlaczego nie jesteś szczęśliwa (w dużym uproszczeniu – chyba że zbyt dużym, co też możliwe). Nie mówię, że musisz wybrać jedno albo drugie, ale widzieć obydwa powinnaś, to na pewno pomaga.
    Ludzie mówią dużo i owszem, ale robią mało, co wiesz. Ja też wiem, dlatego dużo robię, a mało mówię 🙂 Dziwi mnie, że to niezbyt powszechna taktyka:) A nawet bez tej świadomości – czy nie zdrowiej wyciągać z przeglądania Insta/słuchania tych, co dużo mówią, tego, co dla Ciebie dobre? Ja przeglądam sobie czasem Twojego bloga (nie obraź się, ale nie wiem, po co, są pewne adresy i strony, które się przegląda, bo wywołują emocje – nie ważne, czy pozytywne, czy negatywne, to tak jak, z czasem – lepiej pamięta i wspomina się ten, który był bardziej emocjonujący, niż ten spokojny i usystematyzowany, cieszący jedynie wtedy gdy trwa) i choć niektóre rzeczy mnie wkurzają (autokreacja i nieszczerość czasem), to jednak daję sobie kopa do roboty, widząc Twoja systematyczność, której mnie raczej brak. Czy przeglądając Insta/słuchając ludzi, którzy mówią, nie lepiej dać sobie kopa do dodatkowej powtórki ze szwedzkiego? To najlepsze, co można zrobić – właśnie to, czego nie robią Ci, którzy mówią.
    Weszłam na Twojego Insta i wydaje mi się, że tworzysz go trochę tak, jak „krytykujesz” u innych. Dziwi mnie to. Jestem ciekawa, czy to widzisz (jak tworzysz Insta), a jeśli robisz to specjalnie, to dlaczego? (zupełnie serio, nie mam zamiaru jechać z ironią, żartem, lub złośliwością, i tak wystarczająco długi jest mój komentarz).
    Podoba mi się ostatni akapit – przyznajesz się do siebie. Ostatnie zdanie tego akapitu jednak znów odlatuje w kosmos – to element autoterapii, który czasem stosujesz, by odpuścić sobie poczucie winy (że nie spełniasz swoich wyobrażeń o sobie), ale przyznałaś kiedyś, że Twoje teksty trochę temu służą, więc nie czepiam się, a nawet doceniam (jak wyżej- podoba mi się ta-tamta?, szczerość). Jako czytelnika jednak, nieco razi mnie ta sztuczność (bardzo razi, ale Twoje myśli/ uczucia zawsze będą dla mnie „tylko tekstem”, a wiadomo, że rządzi się on własnymi prawami – choć byli, są i będą tacy, którzy sobie z tym radzili, ale nie każdy jest od razu Proustem czy Lampedusą).
    Pozdrawiam!

    • Witaj, dziękuję za wyczerpujący komentarz.
      Często wydaje mi się, że brakuje mi jakiejś kompetencji poznawczej (uwaga: nie próbuję epatować swoimi kogniwiadomościami, to dla mnie dość zwyczajne pojęcie. Wyrażam się w sposób dla siebie naturalny, wynikający z tego, czym się zajmuję i na jakie treści się wystawiam, nie mam z tyłu głowy potrzeby popisywania się). I wydaje mi się, że to siebie oceniam pod kątem umiejętności – ale owszem, porównując je z umiejętnościami innych. Nie wiem, naprawdę nie wiem, i pomoc ze strony specjalistki też nie pomogła mi się tego dowiedzieć, skąd mam czerpać wiedzę o tym, jak powinnam się oceniać. Wiesz, żeby czuć się ze sobą dobrze i dawać bezwarunkowe prawo do życia. Nie umiem. Nie wiem. Nie znajduję niczego takiego.
      Rozśmieszył mnie ten fragment, że myślę, że wiem i wyczułam w nim nieco jakiejś agresji. Opisuję wszytskie wymienione przez Ciebie rzeczy, bo opisuję swoje życie. Postrzegam swoje życie w tym momencie jaki wchłanianie treści i czasem wypluwanie innych treści. To jest właśnie ten proces. Nie jeżdżę po Szwecji i nie czytam książek, aby się móc o tym pochwalić i poczuć fajnie. Robię to, ponieważ to sprawia, że czuję się szczęśliwa.
      Jak czytam Murakamiego, to całego, bo jestem z jego bohaterami związana emocjonalnie bardziej, niż z większością ludzi, których znam. Z Knausgårdem tak samo. I to TEŻ nie jest po to, aby być docenioną – szczególnie, że obydwa ci autorzy są często krytykowani i stawiani za obiekt drwin. Jakbym się chciała popisać, to czytałabym Joyce’a i Dostojewskiego, uwierz.
      „Dziwi Cię, że to niezbyt powszechna taktyka” – pisałaś coś o tym, że niefajnie jest gardzić za niewiedzę. Mnie ta taktyka nie dziwi, po prostu stosowanie jej wiąże się z szybszą gratyfikacją.
      Bardzo chciałabym umieć wyciągać z czyich kreacji to, co dla mnie dobre (podobnie jak Ty, kiedy czytasz moje teksty), niestety nie umiem. Nie działam w ten sposób i czuję się w potrzasku, bo chciałabym i próbowałam obracać te sytuacje w taki właśnie sposób, ale najczęściej zanim zareaguję na takie bodźce poznawczo i zinterpretuję je zdrowo, reaguję emocjonalnie i interpretuję destrukcyjnie dla siebie. Naprawdę mi przykro.
      Miło mi, że z tego, co piszę można wyciągnąć wniosek o mojej systematyczności. Może to element nieświadomej kreacji, a może tak po prostu jest, mimo że nie czuję się co do tego przekonana.
      Instagram – priorytetem jest dla mnie to, aby kwadraty ładnie do siebie pasowały. Kolorystycznie i żeby selfie nie było pod selfie i zdjęcie jedzenie pod zdjęciem jedzenie. Zdjęcia przedstawiają elementy mojego życia, w których jestem szczęśliwa, zachwycona, egzaltowana. Uwieczniam to, co mi się podoba. We mnie i moim życiu. Za które jestem wdzięczna, nawet kiedy myślę, że na nie nie zasługuję. Opisy to moje spontaniczne komentarze do zdjęć, czasem teksty zaczerpnięte z piosenek, albo jakieś instagramowe klisze.
      Ubodła mnie mowa o mojej sztuczności. W sensie, czemu? Serio. Piszę właściwie tylko to, co przyjdzie mi do głowy. Ani nie mówię, że jest to specjalnie fajne, ani, że specjalnie wartościowe. Chyba że naprawdę tak myślę i naprawdę jestem dumna z tego, co napisałam, co się zdarza i do czego się przyznaję.
      Pozdrawiam 🙂

      • Patrycja

        Po pierwsze, sorki za mój brak umiejętności interpersonalnych – niektóre moje uwagi mogłaś odebrać (odebrałaś) jako dość nieprzyjemne – zapewniam Cię, że nie miałam zamiaru być nieprzyjemna (wydawałoby mi się to nieco bez sensu, taka krytyka – uniemożliwiałaby dowiedzenie się o sobie/świecie czegokolwiek). Nauczyłam się już, że warto czasem wpleść w wypowiedź łagodzące ją jakoś fragmenty (z szacunku do ludzkiej wrażliwości) , ale gdy wychodzi na to, że mój teks za cenę „łagodności” wydłużyłby się o dwie strony, wybieram jednak ton „oskarżycielski” (z drugiej strony, nigdy specjalnie nie zależało mi na byciu miłą.. – może to błąd..?).
        „Dziwi Cię, że to niezbyt powszechna taktyka” – pisałaś coś o tym, że niefajnie jest gardzić za niewiedzę. Mnie ta taktyka nie dziwi, po prostu stosowanie jej wiąże się z szybszą gratyfikacją. Zazdroszczę umiejętności stosowania jej, bo pewnie byłoby mi łatwiej. – Nie bardzo rozumiem, o co chodzi z gratyfikacją (kto kogo i za co?). Nie łączę też zdziwienia z pogardą. Dziwię się najzwyczajniej, „poznawczo”, zaskakuje mnie to, ciekawi, nie wiem czemu tak jest. Gdyby ten fan Guns N’ Roses po prostu się zdziwił, gdy dziewczyna przyznała się do niewiedzy, nie widziałabym w tym nic złego. Być może i tutaj powinnam jakoś załagodzić to oskarżające „dziwię się”, choć, z drugiej strony, ton przypisywany tym słowom nie powinien aż tak bardzo zmieniać ich znaczenia.
        Bycie docenianą vs szczęście – niekoniecznie chodziło mi o większą, niż Ty sama, publiczność. Widzisz, sama przyznałaś, że doceniasz siebie za umiejętności, a ja jestem ciekawa, dlaczego? Czy gdybyś nie umiała nic, nie ceniłabyś się w ogóle?
        Rozumiem, że to Twój blog – masz prawo i jest to całkiem logiczne, że będziesz pisała o swoim życiu (i jego „formalnych szczegółach” że to tak nazwę – typu wykłady, Murakami, szwedzki, Knausgard), nie ma w tym nic złego i to może być fajne (ja np. nie znałam/nadal nie znam tego ostatniego, teraz jestem ciekawa, czy warto poznać – czemu warto?). Poraziło mnie jednak to (czasem poraża), że są to swoistego rodzaju „poprzeczki”, które sobie stawiasz, „wyznaczniki osiągnięć”. I tutaj widzę nieszczerość, a zarazem, być może, źródło Twoich problemów (no, nie przesadzajmy, może jeden z powodów tychże). Dlaczego wartość widzisz tak .. „policzalnie” „wymiernie”, jak to jest, że potrafisz ją nazwać?? Przez to, gdy czytasz/oglądasz/słuchasz innych, czujesz się nie najlepiej, bo wymieniają (w Twoim mniemaniu) wartości, których nie masz, choć mówią tylko o tym, że znają szwedzki na poziomie wyższym od Twojego. Widzę w tym nieszczerość, bo odnoszę wrażenie, że te „wyznaczniki wartości” które publikujesz, mają Cię jedynie podnieść na duchu -ty sama/lub/i inni będą Cię chwalić za wymierne osiągnięcia. Nawet jeśli u Ciebie jest/może być to nieświadome, Twoje teksty zwykle mają pewien schemat, w którym to najpierw się surowo oceniasz, później mówisz, podając jakiś „wymierny efekt”, co osiągnęłaś, na koniec zaś „odpuszczasz sobie winy”, na podstawie właśnie „wymiernych efektów” (nie wiem, jak jest, ale nieco pachnie to „pyszałkowatością” też). Piszesz coś, w co nie wierzysz, by to się stało/by w to uwierzyć – gdy zaczęłam dostrzegać ten schemat, zaczął irytować mnie fałsz. Tak to widzę jako Patrycja i jako czytelnik. „Cóż to jest prawda” – nie wiem 🙂

        • W porządku, chyba rozumiem już Twoje intencje nieco lepiej.
          Okej, to najpierw wyjaśnię, o co chodziło mi z gratyfikacją, bo to ciekawe, fajne i mam coś do powiedzenia. Mózg podobnie reaguje, gdy wyobraża sobie, że coś osiąga i gdy coś osiąga. W ten sposób cześć ludzi czuje się nagrodzona już w momencie postawienia sobie celu i nie odczuwa większej motywacji do realizowania go. Okazuje się, że samo myślenie wystarczy, by w mózgu zadziały się miłe rzeczy związane z dopaminą. Więc wyobrażam sobie, że ludzie, którzy dużo mówią, nie potrzebują już dużo robić, bo ich jaźń już czuje się fajnie.
          Gdybym nie umiała nic nie ceniłabym się w ogóle. Dokładnie. Nie wiedziałabym za co. Brzmi to może strasznie fałszywie, ale coś jest ze mną inaczej, niż być powinno i działam właśnie w ten sposób. Nie dotarłam jeszcze do tego, czemu i co z tym zrobić. Chętnie dotrę. To chyba wyczerpuje temat poprzeczek i wymiernych efektów – niczego innego nie potrafię do siebie odnieść.
          Dużo tekstów piszę sama do siebie. W momencie pisania zawsze wierzę w to, co piszę, ale sytuacja zmienia się na tym polu strasznie dynamicznie. Mimo to decyduję się je publikować – albo aby do nich wrócić, albo by ktoś, kto czuje podobnie jak ja, mógł poczuć się zrozumiany. Bo zdaję sobie sprawę z tego, że to może być cenne uczucie.
          Przykro mi, że dostrzegasz fałsz, sztuczność i pyszałkowatość, ale nic na to nie poradzę. Mogę jedynie zapewnić, że nie mam intencji kreowania się na lepszą od innych, ani oszukiwania kogokolwiek.
          🙂