Dobre samopoczucie jest efektywne

To może brzmieć nieprawdopodobnie, kiedy takie zdanie pojawia się na tym blogu, ale zorientowałam się, że działa mi się lepiej, kiedy się nie dręczę. No szok. Odkąd przyjechałam do Torunia ze Szwecji, kontynuuję i rozciągam swoje cieszenie się wolnym czasem. Oczywiście, w dalszym ciągu mam rzeczy, które robię, bo po prostu mam je do zrobienia – referat na konferencję, praktyki studenckie, czy prezentację tematu mojej jeszcze-nie-piszącej-się pracy licencjackiej. W perspektywie całego miesiąca jest to naprawdę niewiele zadań. To znaczy – jest to niewiele zadań, od kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że każde z nich nie musi odbywać się przy akompaniamencie moich prywatnych końców świata. Końce świata są czaso- i energochłonne, a przecież milej jest sobie oglądać bajki Mizayakiego, kupować naklejki z Tigerze, pisać listy, spacerować, parzyć kawę, stać na głowie i próbować pisać ładnie literki za pomocą flamastra z pędzelkową końcówką.

No i tak właśnie sobie spędzam czas. Piętnastominutowy referat jest już bliżej niż dalej ukończenia, choć poświęcam mu zaledwie godzinę dziennie. Czytam tyle, na ile mam siły, bo przeforsowana naukowymi artykułami na temat języka, umysłu i intersubiektywności zbyt wiele bym z nimi nie zrobiła, a przy tym staram się mieć frajdę. Choć trochę. A kiedy się nie da, to zawijam się w koc. Nie wiem, jak mogłam zapomnieć o tak prostych i fajnych rozwiązaniach. A raczej – zapomnieć, że mam prawo do nich sięgać bez uprzedniego urządzania samej sobie dram, że jestem bezproduktywna i słaba.

Czuję się silna. Czuję się dość stabilnie. I mam nadzieję, że to nie jest efekt chwili – stosunkowo ciepłej pogody i tego, że więcej mam czasu wolnego niż pracy – ale znak, że coś zaskoczyło, że uniezależniłam swoje działania od dygotu i strachu.

Wypadałoby podziękować Murakamiemu – kilka postów o jego nowej książce, zbiorze esejów o pisaniu powieści, pojawiło się u mnie na fanpage’u, na którym ostatnio udaje mi się nieco częściej pojawiać. Murakami pisze o swoim podejściu do pisania, tworzenia i pasji i wielokrotnie stawia pytanie o to, co w tym złego, że to, co robi sprawia mu przyjemność. Widzi, że kreatywność, wytrzymałość i rozwój to sprawa nie cierpiętniczego ślęczenia nad podjętym zadaniem, ale raczej dobrej kondycji fizycznej, wysypiania się i jedzenia dobrych rzeczy i płynącej z wnętrza frajdy z tego, co się robi. I nie – nie zamierzam jak on przebiegać maratonów – ale to podejście bardzo do mnie trafia.

I tak sobie od tygodnia żyję – oglądam filmy, piszę troszeczkę, załatwiam sprawy, jem dużo brzoskwiń, a wieczorami robię jogę.

A kiedy myśli wędrują za daleko – znalazłam sposób na to, jak im zmniejszyć rozpęd. Spotkałam się z nim już kilka razy w różnych częściach internetu przez długi czas nie wydawał mi się interesujący. A jednak. Wymieniam pięć rzeczy, które widzę, cztery, które słyszę, trzy rzeczy, które czuje, dwa zapachy oraz jeden smak. I piszę sobie miłe liściki. I pamiętam, żeby wtykać je sobie w planner, aby nie było w nim tylko tego, co sztywne i ciągle do wykonania.

  • rudawstazka.wordpress.com

    Mam tendencję do rezygnowania z robienia rzeczy dobrych dla mnie samej, gdy nie mam na nie czasu albo mam podły humor. Jest to o tyle śmieszne, że też najlepiej pracuję właśnie wtedy, gdy dobrze się czuję sama ze sobą. 😀 Jakbyś mi ten wpis z ust wyjęła…