Alfabet zdrowia psychicznego – medytacja

Nadszedł moment, którego się trochę obawiałam rozpoczynając budowę „Alfabetu zdrowia psychicznego” – projektu, który już od roku dzielnie realizuję razem z Dziewczyną z jednym okiem. Chodzi o sytuację, w której hasła zbytnio się na siebie nakładają, nie sposób mówić o czymś bez świadomości, że już się o tym wspominało, a świeży pomysł i świeże spojrzenie na dany temat wymagają nie lada umysłowej gimnastyki. Spróbuję pomimo to odłożyć na bok krytyczne myśli  (bowiem po tekst o myślach zapraszam w tym miesiącu do Natalii) i przyjrzeć się – oczywiście z Wami jako współobserwatorami – tematowi medytacji i temu, w jaki sposób przyczynić się może ona do większej higieny psychicznej.

Muszę przyznać, że moja znajomość z medytacją rozpoczęła się bardzo wcześnie i może dla tego nie jest mi tak łatwo teraz się nią szczególnie egzaltowanie zachwycać i opowiadać o tym, jak medytowanie zmieniło moje życie. Otóż z pojęciem medytacji, sposobem, w jaki można ją wykonywać i podstawowymi mantrami zapoznał mnie mój tata kiedy miałam zaledwie kilka lat. Nie do końca potrafię umieścić do dokładnie na osi czasu – czy było to przed, czy już po pójściu do szkoły? czy było to zanim zaczęłam trenować sztuki walki? czym mogłam się wtedy stresować tak bardzo, że tata uczył mnie, w jaki sposób o niczym nie myśleć? Nie pamiętam. Pamiętam za to siedzenie na skraju oczka wodnego na podwórku ze skrzyżowanymi nogami i dłońmi opuszczonymi na udach. Kiedy zaczęłam już trenować sztuki walki, w czasie, kiedy jeszcze uczniowskie kluby sportowe nie były jeszcze tak bardzo skażone chęcią zysku  ani rywalizacją, każde zajęcia także kończyły się kilkuminutową medytacją. A że i tak byłam rozdygotanym dzieckiem, któremu  tak pociły się dłonie, że komputerową mysz trzeba mu było zawijać w chusteczki, i które częściej płakało, niż nie – cóż, nigdy nie dowiem się, o ile ciężej byłoby bez tych kilku prób nauki, w jaki sposób zdystansować się od swoich myśli.

Powrót mody na medytację całkowicie rozumiem – jest to odpowiedź na nasze odłączanie się od tego, co tu i teraz, na utratę kontaktu myśli z ciałem, na ciągły pęd lub gubienie się w prokrastynacji, bo po co mieć kontakt ze swoimi potrzebami, skoro w internecie jest tyle seriali do obejrzenia.

Medytacja w wydaniu, które jest obecnie jak najbardziej in, nie jest osadzona w żadnym systemie, nie wymaga konkretnych póz ani mantr. Medytacja pojmowana w sposób najpopularniejszy obecnie jest narzędziem, które służy – jak już wspomniałam wcześniej – zdystansowaniu się od swoich myśli. Nie niemyśleniu. Niemyślenie wydaje mi się takie zerojedynkowe – czy pojawienie się podczas medytacji jednej myśli (a myśli pojawiać się medytacji będą zawsze) przekreśla cały wysiłek? Medytacja ma na celu raczej niezatrzymywanie się przy myślach, chwilowe powstrzymanie się od zaangażowania w narracje. Jest to możliwe między innymi dzięki temu, że podczas medytacji zamiast na narracjach i „powiadomieniach” wyskakujących w głowie, skupiamy się na przykład na oddechu. Na czuciu, co taki pogłębiony oddech robi z ciałem – co rozciąga, co się podnosi, co opada.

No dobrze, a czy istnieją jakieś mierzalne powody do tego, aby uznać, że medytacja może się nam do czegoś przydać? Spotkałam się już z wieloma badaniami, których wyniki sugerują, że i owszem. I nie tylko w przypadku mnichów buddyjskich, których praktyka medytacyjna sięga już mistrzostwa i za pomocą której są oni w stanie w pewnym stopniu kontrolować rytmy działania mózgu oraz aktywność głębokich struktur, która w ogóle nie powinna podlegać świadomej kontroli. Badania prowadzone z udziałem grup ludzi, z których jedna praktykowała medytację przez pewien czas, sugerowały także, że taka praktyka pozwala ograniczyć skutki stresu, zwiększać integrację regionów mózgu odpowiedzialnych za samokontrolę, wyrażanie emocji. Pozytywne skutki medytacji są rozpatrywane już na poziomie  molekularnym.

To robi wrażenie, jednak należy mieć świadomość, że aby skorzystać z tych korzyści, należy się w swojej medytacji wykazać pewną konsekwencją. Ale moim zdaniem, także sporadyczna praktyka medytacji nie zaszkodzi i przy znajomości podstawowych technik, pozwoli znaleźć odrobinę dystansu od swoich myśli, być wobec nich biernym – o tej bierności i poddawaniu się wobec myśli w tym miesiącu pięknie napisała Natalia – i w ten sposób przyczynić się do zachowania większej higieny psychicznej i zwiększenia dobrostanu.

 

Podrzucam kilka linków, które mogą okazać się ciekawe, jeśli jesteście zainteresowani tematem medytacji:

  • rudawstazka.wordpress.com

    Gdzieś czytałam o szkole, w której dzieci na wfie uczyli właśnie medytacji, żeby lepiej mogły sobie radzić z dorastaniem. Także fajnie, że tata cię takich rzeczy uczył 😀
    Sama wprawdzie nigdy nie próbowałam, ale powoli się do tego przymierzam…

    • W mojej szkole podstawowej były nawet zajęcia z kinezjologii – takiej gimnastyki mózgu. Nie wiele wtedy z tego rozumiałam, teraz trochę o tym cicho, a jedną z rzeczy, o których była mowa na zajęciach, było to, by pić dużo wody małymi łyczkami i że kupne soki nie są dobre dla mózgu 😀

      • rudawstazka.wordpress.com

        Fajna sprawa, że w ogóle coś takiego było. U mnie nie, chociaż może po prostu nie zapamiętałam 😛

  • Świetnie, że Twój tata wprowadził Cię w temat medytacji tak wcześnie! Ja dopiero pod koniec liceum zaczęłam interesować się medytacją i duchowością w ogóle (choć jedno z drugim może wcale nie mieć związku). Codziennie rano spędzam 10 minut medytując, ale nie zawsze wychodzi mi to tak, jakbym chciała. Raz czuję się bardzo zen, innym razem chcę żeby to się jak najszybciej skończyło… Cóż, chyba jeszcze długa droga przede mną:) Ostatnio zaczęłam też medytować przed snem, dobrze mnie to relaksuje i ułatwia zasypianie, zwłaszcza gdy użyję odpowiedniej mudry. Życia mi to może nie zmieniło, ale na pewno jestem spokojniejsza, gdy rano sobie tak pooddycham i pobędę ze sobą 🙂

    • Ja właśnie mam jeszcze nieco problem z duchowością. To znaczy, jestem zupełnie areligijna, ale mimo wszystko często zdarza się, że dostrzeżone piękno – przyrody, architektury, słońca przebijającego się przez korony drzew, muzyki, chwili – wywołuje we mnie tak silne nieujmowalne emocje, że aż chce mi się płakać 😀

      • Moja duchowość też nie ma nic wspólnego z żadną religią. Dopiero kiedy sama zaczęłam ją w sobie odrywać zamiast szukać gdzieś na zewnątrz, pojawiły się takie odkrycia jak te, które opisałaś – że świat jest piękny, po prostu:)