Mieszkać w książkach

Ciężko pisać na temat książek, których się jeszcze nie przeczytało, ale od wczoraj noszę w sobie taką myśl, że chciałabym żyć w książkach Katarzyny Tubylewicz, autorki reportaży o Szwecji. Na swojej półce od ponad roku mam pozycję „Szwecja czyta. Polska czyta”, o której nawet zdarzyło mi się nawet napisać na blogu i czytając ją rosło mi serce. A wczoraj zdążyłam przeczytać pierwsze kilka rozdziałów jej najnowszej książki „Moraliści”.

Tubylewicz nie idealizuje Szwecji, nie udaje, że jest to wyłącznie sielskie Bullerbyn, ani nie demonizuje. Chce pisać o blaskach i cieniach. O tym, co działa, i o tym, co nie działa. I co, zdaniem jej rozmówców, można byłoby zrobić, aby było lepiej. Już na pierwszych stronach „Moralistów” pada zdaniem, że gdyby Szwecja nie istniała, trzeba byłoby ją wymyślić. Bo przez lata była – i moim zdaniem ciągle jest – wzorem. Nie umyka uwadze jednak fakt, że to nie abstrakcyjny wzór i marka, jaką stworzyło sobie to państwo, są istotne, ale ludzie, który mają dobrą wolę. Którzy, cokolwiek by się nie działo, będą w stanie kultywować szacunek, współodczuwanie, wrażliwość i nadzieję. Jest mi przykro, ale nie często dostrzegam takich ludzi.

Jestem idealistką albo jestem naiwna. Ale czasami przygniata mnie to, co widzę wokół. Przygniata mnie nienawiść, jaką ludzie są w stanie wypluwać w tę i we w tę w sprawie nieistotnych naklejek w Biedronki, w sprawie ekspedientek w księgarniach i w sprawie zastrzelonego żubra, kiedy na obiad wołowy gulasz. Przygniatają mnie antyszczepionkowcy i antyantyszczepionkowcy, i w gruncie rzeczy większość internetu. Nie pomaga konsekwentne klikanie ukryj wszystkie posty użytkownika…, bo każde wiadro hejtu, któremu podziękuję i dam krzyżyk na drogę,  ustępuje tylko miejsca kolejnemu.

I trochę jestem zmęczona słuchaniem mimochodem rozmów, w których wykształcona kobieta, broniąca zaraz doktoratu z pedagogiki, mówi, że ona to nigdy jakąś tam feministką nie była, ludźmi rozstawiającymi innych po kątach, zacietrzewieniem i pewnością bijącą od każdej ze stron w każdej sprawie.

Chciałabym zobaczyć ludzi, którzy przyznają trudnym sprawom, że są trudne, a mimo to próbują rozwiązać je najlepiej, jak tylko mogą. Którzy są elastyczni i potrafią się czasem kawałeczek cofnąć i przyjrzeć się sobie. Którzy nie wyrokują. Którzy mimo wszystko wierzą w to, co robią. Na razie widzę ich przede wszystkim w książkach Katarzyny Tubylewicz. I trochę kręci mi się w oku łezka, kiedy o tym myślę. Prawie jak wtedy, gdy popłakałam się, kiedy premier Szwecji chciał podać się do dymisji.

Bardzo emocjonalnie podchodzę do perspektywy zamieszkania w Szwecji już za mniej niż rok. Wyczekuję tego z radością, ciekawością i nadzieją, że może rzeczywiście znajdę trochę tej Szwecji z niezmitologizowanych książek, że będzie mnie tam przygniatać trochę mniej. A póki co, to jestem tak zupełnie prywatnie – co zdradzam Wam w zaufaniu, że nie obróci się to wobec mnie zarzutem – z siebie i swoich postaw dumna. Bo chowam się i wspieram inicjatywy, w które wierzę. Bo nie wykłócam się w Internecie i dostarczam wody na te młyny, co to się ciągle kręcą.

  • Znów czytam Twój post w idealną porę. Zwątpiło mi się ostatnio w człowieka wrażliwego, otwartego i empatycznego, choć zawsze (spytam podobnie do Ciebie – naiwnie?) wierzyłam, że to tylko mniejszość. A tu bach, krzyczący egzaminator tydzień temu. A dziś klient, który stwierdził, że długo tu nie popracuję, bo poprosiłam go o przeliterowaniem węgierskiego autora książki, o którą pytał, ponoć powszechnie uznanego. Smutno mi, przyznaję, ale…już się nie czuję winna, gorsza, nie dźwigam ciężaru wszystkowiedzącej i wszystkopotrafiącej. Może mi nie wyjść. A ci ludzie…cóż, smutno mi również dlatego, że z jakiegoś powodu są jacy są. (Chyba.)
    Strasznie mnie czasem korci, by się trochę powykłócać na grupie swojego roku chociażby, gdy widzę jakiś komentarz, który mnie przyprawia o nerwy – bezmyślny, nietolerancyjny, uderzający w kogoś (często w wykładowcę). Czasem to robię, staram się jednak w sposób merytoryczny i zawsze grzeczny. Nie umiałabym w hejt. Uciekam, gdy go widzę, bo bardzo we mnie wsiąka ten natłok emocji.
    I chyba muszę sięgnąć po Moralistów, mimo iż Szwecja nie jest mi szczególnie bliska. Chcę ją poznać.

    • Nie wiem, czy też masz ten problem, ale mi się robi smutno raczej wtedy, kiedy uznam, że ktoś „niszczy świat” – niszczy środowisko naturalne, niszczy Polskę, niszczy Szwecję, niszczy przyszłość. I często odczuwam strach przed tym, co będzie działo się na świecie za 10-20 lat. Wiem, że strach to bardzo zły doradca, ale jednak przede wszystkim przewrotnie boję się tego, że ludzie o dobrych sercach… dadzą się zastraszyć.
      Natłok emocji to tutaj idealne określenie.
      Ale mogę zapowiedzieć, że w przygotowaniu jest wpis na temat tego, co sprawia, że rośnie mi serce 🙂

  • Ja po prostu staram się być do tych wszystkich ludzi nastawiona tak pozytywnie jak tylko mogę. W myślach wysyłam im trochę miłości i mam nadzieję, że kiedyś się zmienią. Staram się jak mogę, by ich złość, nienawiść, zazdrość i zwykła głupota nie miały na mnie wpływu. Nie denerwuję się (może na początku, bo lol jestem tylko człowiekiem) tylko wysyłam im trochę ciepła, bo jeśli coś ma zmienić świat to na pewno nie będzie to dalsze rozprzestrzenianie złych emocji, tylko zamiana ich na te dobre. I dalej robię swoje. I cieszę się bardzo, bo moje myśli są skupione wokół tych, którzy, podobnie jak ja, robią coś, żeby żyło nam się lepiej, bardziej świadomie.