Praktykująca

Właściwie mogę powiedzieć, że skończyłam swoje praktyki zawodowe. Zostały mi dosłownie cztery godziny i jestem umówiona na poniedziałek, żeby je zrealizować. Na II roku studiów praktyk bałam się niemal tak bardzo, jak perspektywy pisania licencjatu. Tak, że wyobrażałam sobie, że wszyscy mają już wszystko załatwione i tylko ja nie znajdę sobie żadnego zakładu, w którym mogłabym odbębnić te sześćdziesiąt godzin. Że nie zdążę, że mnie nie przyjmą, że nie udźwignę papierologii. Mając uszy i oczy szeroko otwarte bałam się, że rewelacje na temat praktyk, z jakimi zdążyłam się już spotkać w studenckiej części internetu, okażą się prawdą.

Bałam się upokorzeń i zderzenia z realiami, w których studenci kognitywistyki nie są nikomu do niczego potrzebni. Bałam się, że będę wyśmiewana i nikt nie będzie umiał wymówić słowa kognitywistyka. Oj, ilu rzeczy ja się bałam!

Na praktyki trafiłam do wydawnictwa, które poza publikacją tomików poezji, książek dla dzieci i opowiadań, zajmuje się przede wszystkim wydawaniem czasopism naukowych. To skreśliło problem słowa kognitywistyka – oczywiście wszyscy je znali. Nie czułam się też jakimś przeszkadzaczem i dezorganizatorem, a choć moje doświadczenie związane z pracami redaktorskimi było ograniczone do wieloletniego przyglądania się, jak wykonywała je moja mama, było prawdopodobnie i tak nieco większe, niż przeciętne. Praca nie porywała – było to przede wszystkim żmudne dzióbanie w tekście w poszukiwaniu źle zredagowanych odnośników bibliograficznych, podwójnych spacji i błędów, wykrytych przez korektora a niepoprawionych w tekście przez pracownika technicznego.

Przez pierwsze kilka dni naprawdę ciężko było mi wysiedzieć za biurkiem te osiem godzin. W następne postanowiłam z kolei nie być aż tak gorliwą i słuchać muzyki, robić przerwy, rozbijać sobie ilość pracy do wykonania na jednostki czasu. Nie mogę narzekać. Bo zupełnie niespodziewanie poczułam, że jestem tam mile widziana. Że to, co robię, komuś się przydaje, bo przecież pozostali redaktorzy w wydawnictwie robili na co dzień właśnie to, co należało do moich zadań w ramach praktyk. Jestem pewna, że szybciej i dokładniej, ale nie mogę mówić też, że nie radziłam sobie dobrze. Po pierwszym dniu, przez który co kilkanaście minut latałam do przełożonego pytać o radę, poczułam się pewnie i po prostu robiłam swoje.  Bo da się, bo nikt mnie nie to popędzał ani nie strofował. Wręcz przeciwnie, wykonując przez te kilka dni część standardowych zadań innych redaktorów, zbierałam podziękowania.

A przy tym, muszę przyznać, że jeszcze bardziej doceniłam swoją pracę w kawiarni. Bo jasne – można wysiedzieć osiem godzin w biurze i pewnie można się nawet do tego przyzwyczaić, ludzie tak robią i żyją, i wygląda na to, że mają się całkiem dobrze. Ale w kawiarni jest jakoś miliard razy fajniej. Nie boję się tego trzymać. I nie martwię się już zbyt mocno o swoją przyszłość. To znaczy, że praktyki dobrze spełniły swoje zadanie.