Skip to content

Alfabet zdrowia psychicznego – rozczarowanie

Ponad pół roku temu utknęłam, nie mogąc poradzić sobie z wymyśleniem i opracowaniem kolejnego hasła do Alfabetu Zdrowia Psychicznego. Blogowego projektu, którym przecież przez wiele miesięcy całkiem sumiennie i terminowo zajmowałyśmy się razem z Natalią. Zatrzymało się na literce ‘r’. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, jakiś czas przez tym momentem straciłam notatkę, w której na początku naszej przygody spisałam różne robocze tematy na alfabetowe wpisy.

Jakie hasło wymyślić na literę ‘r’?

Rodzina? Rozmowy? Ruminacje? Radość?

Z żadnym z tych haseł nie poczułam jakiejkolwiek chemii. W niektórych widziałam co prawda cień potencjału, jednak nie miałam pomysłu na to, w jaki sposób można byłoby je zagrać. Przy okazji miałam serdecznie dość bloga, myślenia o tej platformie i czytania tekstów innych blogerów. Czułam się szczęśliwa i jak najbardziej na miejscu, porzucając ten kawałek życia na rzecz pracy w kawiarni, pisania licencjatu, kończenia studiów najlepiej jak tylko mogłam, stresowania się formalnościami i przygotowań do przeprowadzki do Szwecji.

I teraz, po ponad pół roku wracam z pomysłem i emocją, nad którą chciałabym się pochylić. Z rozczarowaniem.

Zainteresowałam się rozczarowaniem jako emocją, której obecność w naszym życiu jest nieunikniona, z którą nie do końca wiadomo jak sobie poradzić, która na zajęciach akademickich o nazwie „Emocje i motywacje”, na które chodziłam, była właściwie nieobecna.

Mówi się, że aby się nie rozczarować, lepiej jest niczego nie oczekiwać, nie liczyć na zbyt wiele. W moim przypadku rozczarowanie bardzo często powiązane jest w moimi własnymi oczekiwaniami wobec siebie i nie za dobrym myśleniem o sobie. Nie raz zdarzało mi się wymagać od siebie tak wiele (w domyśle – aby przeżyć, poradzić sobie, nie być najgorszą, nie być nieprzygotowaną), że kiedy przyszło zmierzyć mi się z sytuacją, na którą tak starałam się przygotować, okazywało się, że pozostawałam jedyną osobą, która tak bardzo przejęła się całą sprawą. W co w takim razie wycelowane było moje rozczarowanie? W świat, który śmie okazywać się nie tak groźny, jak moich myślach? W innych, którzy nie zaserwowali sobie tyle cierpienia, stresu i lęku co ja, a i tak nie spotkało ich niepowodzenie? W to, że nie czeka mnie żadne wynagrodzenie za dramy, płacz i smutne insta stories?

Kiedy próbuję je tak opisać na chłodno i zawrzeć w tym kawałek autoironii, moje rozczarowanie zaczyna wyglądać naprawdę głupio. I niepotrzebnie. I niezdrowo. Ale pisząc o emocjach nie w tym rzecz, aby deprecjonować je i rozdzielać na lepsze lub gorsze. Bo kiedy się to ugryzie swoim aparatem poznawczym i spróbuje przeanalizować, jakąż to funkcję pełni rozczarowanie, do czego ma mnie przygotować, jaki program behawioralny ma na celu odpalić, przestaje być ono czymś złym lub czymś dobrym.

Poznawcze koncepcje emocji , które poznałam na studiach i które chciałabym wykorzystać – koncepcja Lazarusa i komponentowa koncepcja emocji Scherera – traktują emocje jako manifestacje (nieświadomej) oceny poznawczej percypowanych bodźców, zmian fizjologicznych i zdarzeń.

W koncepcji Lazarusa emocja pojawiająca się w kontekście zdarzenia odpowiada na trzy pytania: Czy zdarzenie jest istotne dla osiągnięcia celu? Czy zdarzenie przybliża czy oddala podmiot od osiągnięcia celu? W jaki sposób należy zaangażować swoje zasoby w kontekście zdarzenia?

Odpowiedź na pierwsze pytanie zdradza nam w tym ujęciu, czy mamy do czynienia z emocją – emocje pojawiają się tylko wobec sytuacji ważnych dla celów podmiotu. Odpowiedź na drugie zdradza walencyjność emocji – to czy wiąże się z pozytywnymi czy negatywnymi odczuciami. Ostatnie pytanie określa już bardziej subtelne cechy odczuwanej emocji. Jakie zasoby swojego ja angażujemy podczas rozczarowania?

Na dokładniejsze zbadanie rozczarowania jako emocji może pozwolić zastosowanie pytań, które pojawiają się w komponentowej koncepcji emocji. Według niej na  to, jaką odczujemy emocję składają się następujące składowe: istotność bodźca, konsekwencje bodźca dla jednostki, możliwość poradzenia sobie z sytuacją i zgodność bodźca ze standardami. W ramach tych komponentów można szukać odpowiedzi na pytania, które nie pojawiają się w koncepcji Lazarusa – jak to, co jest przyczyną bodźca, komu lub czemu go przypisujemy, z jakimi konsekwencjami się wiąże, czy posiadamy kontrolę nad sytuacją i czy możemy się do niej dostosować.

Kiedy pomyślałam sobie o odpowiedziach na te pytania, wyklarował mi się obraz rozczarowania jako emocji pojawiającej się wobec sytuacji sprzecznej z naszymi celami, raczej przypisywanej czemuś zewnętrznemu (choć oczywiście można być rozczarowanym sobą samym), z którą niewiele możemy zrobić – pogodzić się z nią lub obrać inny cel.

Poczucie rozczarowania jawi się wówczas jako papierek lakmusowy dla naszych planów i celów, który zestawia to, co sobie wyobrażamy z tym, jak ma się do tego rzeczywistość. Uczucie gorzkie, ale czy kiedykolwiek doszlibyśmy do czegoś, gdyby nie rozczarowania, które napotykamy na drodze? Czy doskonalilibyśmy swoje cele i weryfikowali plany, gdyby nie te gorzkie pigułki, które czasami przychodzi nam połykać?

 | zdjęcie w nagłówku: Sebastian Christofer Herbut|

  • Kopę lat!
    Cóż, rozczarowanie to ostatnio bardzo wyraźna rzecz, jaką czuję. Robię prawo jazdy, i jestem na etapie 8 wyjeżdżonych godzin. Moje drugie i trzecie spotkanie z instruktorem było tak fatalne, że miałam ochotę to rzucić i płakałam, że zawiodłam tatę (doskonałego kierowcę), instruktora, siebie. Stres znów podyktował mi, co mam robić (czy raczej – czego nie robić), tak jak zrobił to przy ostatniej zimowej sesji, czy wcześniej, gdy zaczynałam szkolenie na kierownika zmiany. Jednak rozmowy z bliskimi, przede wszystkim z tatą, który trafnie stwierdził, że nie jestem przyzwyczajona do tego, że coś mi się nie udaje, pomogły mi, by ostatnie jazdy były znacznie lepsze, a ja spokojniejsza – widocznie potrzebowałam sięgnąć dna, by się odbić. Zgadzam się zdecydowanie, że choć rozczarowanie jest okrutnie gorzkie i bolesne, nie można go nie docenić. Ostatecznie patrząc na to wszystko z dystansu, wszystko jest w jak najlepszym porządku. I oby tak było dalej. Powodzenia w Szwecji 🙂

    • Niebycie przyzwyczajonym do niepowodzeń to naprawdę bywa problem – aż za dobrze pamiętam, jak przez parę dni, zanim zostałam przyjęta na studia, byłam na liście rezerwowej i myślałam, że nic mi się nigdy już nie uda i wszystko stracone :’))
      A tak zupełnie ostatnio, nie udało mi się dostać wymarzonej pracy w kawiarni w Lund. Ale uznałam, że poczekam, aż będę mogła się zameldować, wkręcić się w naukę i jakoś oswoić, a wtedy zaatakuję z pięknym CV – jak nie tam, to w innym miejscu.
      Mam nadzieję, że na razie i Ciebie, i mnie nie czeka więcej rozczarowań – co za dużo to niezdrowo 🙂